# 146
Zgodnie z systemem naprzemiennego oglądania filmów (off czyli filmy o nieszczęśliwym irańskim pasterzu, gniot czyli superbohaterowie i efekty specjalne, off, gniot, off, gniot...) po Broken Flowers (nooo, powiedzmy, że off) odpaliliśmy w domowym Żużowym zaciszu Królestwo Niebieskie. Kto, do ciężkiej cholery mówił, że to nawet dobre jest?? Ktoś mówił, ale nie mogę sobie przypomnieć kto, bo bym, krótko mówiąc, facjatę obiła!
Z resztą (jak zwykle stwierdzam to po fakcie) trzeba było wyłączyć gniota, gdy pojawiły się pierwsze złe przeczucia, a jak widzę drugi z rzędu film z elfem Orlandem, co znowu gra kowala (bo w Piratach z Karaibów zdaje się, że właśnie kowala grał czy innego rzemieślnika) to myślę, że dobrze nie będzie.
Film prosty jak sto metrów sznurka w kieszeni, nie pamiętam muzyki, nie pamiętam jednej sceny, która by mogła gniota uratować, w ogole staram się jakoś wymazać ten epizod z pamięci, zwłaszcza że pod koniec osiągnęliśmy szczyty polewki umiejscawiając trędowatego króla Jerozolimy w reklamie kremu przeciwzmarszczkowego. Biedny mały kowal Orlando, co był tak uczciwy, że jak puknął mężatkę, to się w nim sumienie nie odezwało, ale jak mógł uratować tysiące ludzi przed rzezią, to stwierdził, że te tysiące istnień nie jest ważniejsze od instytucji małżeństwa, którego nie chciał rozbić...
Mój ty panie reżyserze najdroższy, przekwalifikuj się pan na jakiego kaznodzieję i głoś prawdę jakimś ekstremistom, ale na ich własne życzenie, a nie kręć gniota, bo niektórzy ludzie mogą się przypadkiem wybrać na niego do kina i zapłacić za coś tak płytkiego.
Powyżej opisany epizod potwierdza tylko doskonałość naprzemiennego oglądania filmów, czyli gnioty w domu, płacimy tylko za off.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz